Aragac – krótka wspinaczka na armeński czterotysięcznik
Aragac – krótka wspinaczka na armeński czterotysięcznik

Aragac – krótka wspinaczka na armeński czterotysięcznik

Wulkan Aragac, najwyższa góra Armenii, nie istniał w mojej świadomości, dopóki nie zacząłem planowania spontanicznej podróży do tego kraju. Z państwem Ormian nieodzownie kojarzył mi się za to Ararat (5137), święta góra tegoż narodu, znajdująca się obecnie w granicach Turcji. Choć Aragac nie może się z nim równać pod względem wysokości i kulturalnego znaczenia, z prostego powodu pozostaje bardzo atrakcyjnym szczytem. To jeden z najłatwiej dostępnych czterotysięczników, który bez większych problemów możemy zdobyć w ciągu jednego dnia. Wymaga to tylko odporności na chorobę wysokościową, przyzwoitej kondycji i odrobiny odwagi. No i nie zapominajmy o determinacji – to ona moim zdaniem  w górach jest najważniejsza.

O szczycie słów kilka

Aragac wznosi się na Wyżynie Armeńskiej, 40 km na północny zachód. Ten wygasły wulkan nie ma jednego szczytu, lecz kilka wierzchołków, pomiędzy którymi rozpościera się rozległy krater o średnicy ponad 2 kilometrów. Nawet w szczycie lata zalegają w nim hałdy śniegu. Najwyższym wierzchołkiem Aragacu i zarazem najwyższym punktem Armenii jest północny wierch o wysokości 4090 m n.p.m. Z uwagi na długą trasą turyści rzadko tam zachodzą, preferując wierzchołek południowy (3879 m n.p.m.) i zachodni (4007 m n.p.m.). To właśnie ten ostatni obrałem za cel. Trudniej dostępnego wschodniego (3916 m n.p.m.) nawet nie brałem pod uwagę, a najwyższy odpuściłem po przekalkulowaniu czasu – wejście wymaga bowiem noclegu w namiocie/samochodzie/restauracji nieopodal punktu startu.

Krater oraz północny i wschodni wierzchołek
Widok na zachodni wierzchołek

Jak dostać się na początek trasy na Aragac?

Szlaki na wszystkie wierzchołki Aragacu rozpoczynają się przy jeziorze Kari (Kari Lich) na wysokości 3190 m n.p.m. W sąsiedztwie zbiornika wybudowano stację meteorologiczną oraz restaurację, w której ponoć w razie potrzeby można przenocować (nie potwierdzę tego, gdyż nawet tam nie wchodziłem). Do jeziora prowadzi asfaltowa droga i z centrum Erywania można tam dojechać w niecałe dwie godziny, obierając trasę przez Byurakan lub Artashavan. Trasa mimo wysokości nie jest szczególnie wymagająca i nie potrzeba na nią terenówki. Bez wynajętego samochodu jedynymi opcjami dotarcia na szczyt jest autostop, bądź wynajęcie drogiej i moim zdaniem nieopłacalnej wycieczki zorganizowanej.

Aby dostać się na Aragac przenocowałem w Byurakanie w pensjonacie Old Byurakan Guest House, który szczerze polecam. Rano dość długo męczyłem się ze złapaniem autostopa. Musiałem iść kawał drogi powyżej wsi i w końcu zatrzymali się dwaj młodzi brodacze, przypominający aparycją czeczeńskich zbirów. Na początku kierowca powiedział, że jedzie do Kari, ale okazało się szybko, że jednak do ruin twierdzy Amberd. Wysadzili mnie na skrzyżowaniu przy odbiciu do fortecy, zapewniając mnie wcześniej kilkukrotnie, że nie są gangsterami. „No ganja, no ganja” – mówili. Zastanawia mnie tylko po co? Może jednak w rzeczywistości byli ganja?

W środku gór nie czekałem jednak długo, bo po jakichś dwudziestu minutach wziął mnie sympatyczny szwajcarski turysta, Joel. Planował on zaatakować południowy wierzchołek Aragacu (3879 m n.p.m.), a jeśli starczy czasu, wejść także na zachodni – ten, co ja. Rozeszliśmy się na parkingu przy jeziorze, gdzie stało zaskakująco mało samochodów. Po cichu liczyłem, że jeszcze się gościem zobaczę i pojedziemy razem w stronę Erywania. Jakoś nie uśmiechał mi się scenariusz nieplanowanej nocy w górach.

Łapiąc autostop w Byurakanie, miałem fajne towarzystwo
Łąki powyżej Byurakanu
Droga przez góry. Całkiem dobry asfalt
W okolicach jeziora Kari wypasywane są owce
Jezioro Kari (Kari Lich)

Wspinaczka na Aragac

Pierwszy odcinek wędrówki na zachodni wierzchołek Aragacu to dość spokojny i mało wymagający spacer. Szlak nie jest wydeptany, więc warto pobrać aplikację taką jak maps.me., by móc śledzić, czy na pewno dobrze idziemy. Na trasie próżno szukać standardowych oznaczeń, takich jak drogowskazów, czy kolorów szlaku. Kierowałem się w stronę kamiennych kopczyków, a jeśli nie było ich w zasięgu wzroku, to po prostu w kierunku widocznego przez większość drogi wierzchołka. Internet działał zaskakująco dobrze i choć w niektórych punktach nie mogłem się z nim połączyć, zasadniczo nie miałem takiej potrzeby. Łagodna wędrówka w otoczeniu pięknego, choć surowego krajobrazu, była jednym z najprzyjemniejszych momentów podróży po Kaukazie. Chociaż słaba przejrzystość powietrza i chmury nie pozwalały ujrzeć odległych punktów, sama okolica szczytu wystarczająco cieszyła oczy.

Po około 1,5 – 2 godzinach zacznie się cięższa wspinaczka na przełęcz (3800 m n.p.m.) pomiędzy zachodnim a południowym wierzchołkiem. Tutaj wysokość daje się już we znaki, bo mimo że szlak nie jest szczególnie stromy, męczyłem się, jakbym tam wbiegał (a wchodziłem ślimaczym tempem). Co kilka kroków przystawałem, nabierając powietrza, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach wysiłku zdobyłem przełęcz. Stamtąd widać już wielki ośnieżony krater i północny wierzchołek Aragacu, będący jednocześnie najwyższym punktem Armenii. W kamiennym „schronie” bez dachu siedziała grupa włoskich wspinaczy, którzy właśnie zeszli z południowego szczytu i szykowali się do zejścia. Byli to pierwsi napotkani przeze mnie turyści, nie licząc Szwajcara, z którym rozeszliśmy się na parkingu.

W tym miejscu zaczynają się trudy
Charakterystyczny głaz na trasie
Widok z przełęczy
Zachodni wierzchołek - mój cel

Teraz czekał mnie najtrudniejszy odcinek. Aplikacja pokazywała, że przejście 450 metrów zajmie około godziny. Przewyższenie wynosiło zaledwie 200 metrów, ale za to podłoże było wyjątkowo nieprzyjemne. Brakowało też jakichkolwiek zabezpieczeń – np. łańcuchów, które w paru momentach by się przydały. Przez niemal całe podejście kamienie osypywały się pod nogami, a w jednym momencie gdybym nie chwycił się skały, pewnie osunąłbym się w dół. Skończyło się na poharatanym kolanie. Po tym nieprzyjemnym incydencie wdrapałem się pod szczyt, przeszedłem koło przepaści i finalnie osiągnąłem cel. Pierwsze 4000 m n.p.m. w życiu przyniosło olbrzymią satysfakcję. Radości nie popsuła nawet kijowa widoczność, spowodowana przez osiadające na szczycie chmury. Na szczęście co jakiś czas przebijał się najwyższy wierzchołek, a przez chwilę widziałem nawet jezioro Kari. Odpocząłem po wysiłku i po jakichś 20 minutach powitałem na szczycie znajomego turystę ze Szwajcarii, który obrał dłuższą trasę przez południowy wierzchołek. Gość ma chyba kondycję Kuby Ingebrigtsena, albo wyjątkową odporność na chorobę wysokościową. Postanowiliśmy zejść ze szczytu wspólnie. Zawsze raźniej.

Czas na zejście

W górach zazwyczaj schodzę wolno. Kilkukrotnie nabawiłem się kontuzji i teraz muszę ważyć każdy krok, bo przez źle zrośnięte stawy bardzo często źle staję, co czasem kończy się drobnymi urazami, a czasem poważnymi problemami. Wlokłem się zatem w tyle, a kolega Szwajcar cisnął w dół żwawo, aczkolwiek nie bez drobnych kłopotów z sypkimi kamieniami. Ja kilka razy lądowałem na tyłku, a raz prawie narobiłem w galoty, gdy zobaczyłem idącego w naszą stronę żołnierza z krótkofalówką w jednej ręce i spluwą przy pasie, do której sięgał drugą dłonią. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że po zamienieniu paru słów z towarzyszem minął go i ruszył dalej. Moja interakcja ograniczyła się do „hello”. Ciekawe, co tam robił? Czyżby kogoś poszukiwał? Może brodaczy, z którymi wcześniej jechałem stopem 😛 ?

Na przełęczy spotkaliśmy kolejnego wojskowego. Potem schodziliśmy już razem, przez całą drogę gawędząc – trochę o Szwajcarii i Polsce, trochę o polityce, trochę o podróżach co nie co o muzyce, a nawet o religii. Na szlaku minęliśmy jeszcze dwóch żołnierzy, którzy pytali, co tu robimy i czy znamy drogę. Nie robili jednak żadnych problemów. Po nieco ponad dwóch godzinach od szczytu zameldowaliśmy się na parkingu. Zabrałem się z kolegą Szwajcarem do głównej drogi M3 niedaleko wsi Artashavan. Tam zacząłem łapać autostop i niestety byłem świadkiem wypadku. Radiowóz skręcał na boczną drogę przy zawrotnej prędkości. Najechał na dziurę i poleciał jak na filmie, obracając się w powietrzu i lądując na baraku na poboczu, rozwalając go w drobny mak. Natychmiast podbiegli ludzie i wyciągnęli zakrwawionych gliniarzy. Jako że przy pobliskiej restauracji/sklepi stało kilka radiowozów, zaraz zjawili się koledzy i wpakowali poszkodowanych do auta, ruszając na pogotowie. Widok był makabryczny, ale ranni wyglądali zadziwiająco dobrze. Oby wyszli z tego bez poważniejszych urazów.

Chwilę później złapałem autostop do Erywania. Zabrało mnie kilku panów Ormian w zdezelowanym pięcioosobowym busiku. Starsi (po pięćdziesiątce), pogodni i umilający sobie podróż grą w karty na małym stoliczku. Po angielsku nie mówili, ale jakoś się dogadaliśmy z pomocą kolegi, do którego zadzwonili. W Erywaniu wysadzili mnie przy stacji metra, dostałem się do hostelu w centrum. Przez różnicę wysokości strasznie bolała mnie głowa, więc szybko poszedłem spać.

Łącznie wejście zajęło mi około 3 godzin i 20 minut (z postojami), a zejście około 2-2.5 h (nie liczyłem, szliśmy dość wolno, rozmawiając). 

Widok na południowy wierzchołek
Zejście z przełęczy

Czy warto wybrać się na Aragac?

Jak najbardziej. Choć widoczność nie rozpieszczała, satysfakcja ze zdobycia pierwszego czterotysięcznika w pełni to zrekompensowała. Sąsiedztwo jeziora Kari i szczytu było naprawdę miłe dla oka, a ośnieżony wulkaniczny krater robił z bliska spore wrażenie. Nie żałuję, że nie kontynuowałem wędrówki na najwyższy wierzchołek. Przy braku widoczności nie było to moim zdaniem warte kilka godzin ryzykownego marszu przy osypujących się kamieniach i trudnościach z nabieraniem powietrza. Na zachodni wierzchołek jednak zdecydowanie polecam się wybrać, choć jedynie tym, którzy nie boją się wyzwań i są gotowi podjąć się intensywnej wspinaczki bez żadnych zabezpieczeń. Dla samych widoków lepiej udać się nad Jezioro Sewan, czy na wulkan Armaghan (2829 m n.p.m.). Z pewnością nie zapewnią jednak one takiej dawki przygody i satysfakcji, jak srogi Aragac.

Podsumowanie

Szlak

Widoki

Trudność

Całokształt

Na szczycie
Kamieniste, niebezpieczne podejście na zachodni szczyt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *