Fez – dawna stolica Maroka, milionowa metropolia w górach Rif. Główny ośrodek marokańskiego rzemiosła i ważny ośrodek religijny. Gwarne nowe miasto założone przez Francuzów oraz olbrzymia prastara medina z labiryntem wąskich uliczek. I tu się zatrzymajmy. Jest to największe stare miasto na świecie, zamieszkiwane według szacunków przez około 250.000 ludzi. To niewiele mniej od Katowic. Na samym starym mieście. A uliczek jest ponoć około 9,6 tysiąca. Prawie dwa razy więcej niż w Warszawie. Na samym starym mieście. Starym mieście pełnym oszustów.
Jak oskamowano mnie w Fezie
Czwartek, początek ramadanu. Pociąg z Rabatu dociera na dworzec w Fezie. Jest już ciemno, bo władze przestawiły czas. W jakim celu? Aby szybciej można było zasiąść do iftaru, czyli wieczornego posiłku. Muzułmanie mogą go spożyć dopiero po zachodzie słońca. Wychodzę z dworca i zaczynam rozglądać się za taksówką. Nie jest to trudne zadanie. Pod dworcem już czeka grupa kierowców, którzy nawołują turystów. W Fezie praktycznie nie funkcjonuje transport publiczny, więc nie ma zbytnio alternatywy dla taxi. Chyba, że chce się iść kawał na piechotę. Ja nie chciałem.
Płacę czterdzieści dirhamów i wsiadam do czerwonego autka. Kierowca odwozi mnie pod bramę Mahrouk. Dziękuję mu po angielsku i opuszczam pojazd. Teraz muszę szybko znaleźć hostel i coś przekąsić. Jest późno, a za mną intensywny dzień. Przekraczam bramę i znajduję się na terenie mediny. Google Maps pokazuje mi siedem minut drogi do hostelu. Czytałem, że można się tu łatwo zgubić, ale mam nawigację, a ta nie zawiodła mnie w Marrakeszu. Znajdę noclegownię bez problemu.
Po kilku minutach docieram zatłoczoną ulicą handlową do miejsca, w którym powinien znajdować się hostel Anass al Ouali. Jest tylko jeden problem. Wcale go tam nie ma. Nie zastanawiam się jednak długo. Wejście powinno być przy równoległej uliczce. Odbijam w zaułek i po parunastu metrach skręcam w lewo. Niestety, przejście jest zamknięte.
– Sorry, my friend – mówi facet stojący przy sklepie z porcelaną. Brodaty, w zachodniej czapce, wygląda mi na sprzedawcę. – There’s no way. It’s time for pray.
Domyślam się, o co mu chodzi. W godzinach modlitwy muzułmanie wyłączają niektóre ulice z użytku. Zaczynam się denerwować. Jestem zmęczony i ciąży mi bagaż. Nie mam ochoty czekać nie wiadomo ile.
– What are you looking for? – pyta handlarz. – I can help you, my friend.
Nie chcę jego pomocy, ale w końcu ulegam. Wiele naczytałem się o fezkich oszustach, ale handlarzom ponoć można ufać. Ponoć.Tłumaczę mu sytuację. Odpowiada, że zna ten hostel i muszę pójść na około. Pokaże mi drogę, bo to kawałek.
Niechętnie się zgadzam. Idziemy przez medinę. Zerkam na Google Mapsa i patrzę, czy na uliczkach są jacyś przechodnie. Jeśli wyjdziemy na jakieś ustronne uliczki, odmówię dalszego marszu. Gospodarz z Marrakeszu opowiadał jak hiszpańskich gości obrobiono w ciemnym zaułku. I to w środku dnia. Facet pokazał im drogę, a tam czekało już kilku oprychów. Zażądali opłaty. Turyści mieli łatwy wybór. Utrata części pieniędzy albo obite buźki i brak portfeli. Wybrali to pierwsze. Ja natomiast nie chciałem wybierać. Gdy w pewnym momencie zauważyłem, że poszliśmy za daleko i nie przejdziemy logicznie w oczekiwane przeze mnie miejsce, zatrzymałem się.
– It’s okay, friend – mówi przewodnik. – I can leave you here. Hostel is this way.
Ta, jasne. Gówno prawda. Gość pewnie nawet nie wie, gdzie jest ta noclegownia. Dziękuję grzecznie i szykuję się do odejścia. Poczekam chwilę, aż facet sobie pójdzie i wrócę tę samą drogą. Niestety, spełniają się moje obawy.
– Now, give me money for my trouble.
Nie chcę mu płacić, ale muszę go spławić. Podaję mu monetkę – 10 dirhamów. To jakieś 4 złote. Patrzy na mnie spod byka i kręci głową.
– No, no, give me one hundred dirhams.
No, chyba nie. Mówię, że więcej nie dostanie. Facet zaczyna się strasznie złościć. Krzyczy, że dla Marokańczyków monety to nic i rzuca dychę na ziemię. Obstaję przy swoim i próbuję odejść. Przewodnik sięga do kieszeni i krzyczy „Are you sure?! Are you sure?!”.
Udaje, że szuka noża? A może telefonu do kumpli? Kilkadziesiąt metrów ode mnie są inni ludzie, więc typ raczej mnie nie zaatakuje. Mam jednak go już po dziurki w nosie. Wyjmuję banknot. 20 dirhamów. Mówię mu, żeby się tym zadowolił i nic już ode mnie nie wyciągnie. Awanturnik spluwa na ziemię, ale bierze banknot i odchodzi bez pożegnania. Nawet nie wziął dychy, którą podnoszę z bruku. Ogarnia mnie złość. Dałem się porobić, jak typowy frajer z Europy. Dobrze że chociaż odpuścił. W towarzystwie tego krzykacza nie znalazłbym hostelu.
Próbuję wrócić do głównej ulicy. Idę z Googlami. Jakiś Marokańczyk, że tędy nie przejdę. Czas modlitwy. Pokazuje, którędy iść. Skręcam tam i zagaduje mnie inny facet. Twierdzi, że nigdzie tędy nie dojdę. Czas modlitwy. Mam zawrócić. Po drodze przez jakąś szemraną uliczkę słyszę od cwaniaczka na skuterku:
– Hashish, my friend?
Nie mam ochoty. Olewam go i idę dalej. Podchodzi kolejny gość. Wygląda na luzaka. Pyta, czy nie potrzebuję pomocy.
– No money, no money! – krzyczę. Wiem, że jestem niemiły, ale już nieźle się zacietrzewiłem.
Gość twierdzi, że nie chce żadnych pieniędzy. Pomoże mi za darmo. Pyta, czego szukam. Opowiadam mu o sytuacji i tłumaczę, czemu się złoszczę. Facet kręci głową i mówi, że po prostu źle trafiłem.
– I know this hostel. Owner is a black guy. I will show you the way. I don’t want money. I’m a muslim. I just want to help.
Niech mu tam będzie. Ruszam za nim. Opowiada, że zna Polaka, który poślubił Marokankę i prowadzi inny hostel. Po kilku minutach docieramy do głównej ulicy. Gość zbija piątki z handlarzami i żartuje po marokańsku. Ciekawe, czy się ze mnie nabijają. W końcu docieramy pod drzwi. Annas al Ouali. To tu. Na bocznej uliczce, w zupełnie innym miejscu niż na Google Mapsach. Facet dzwoni do drzwi. Wychodzi recepcjonista. Przewodnik coś mu opowiada, po czym wyciąga do mnie dłoń i pyta:
– Any gift, my friend? Do you want make me happy?
I made him happy. Dostał dwa euro i się odczepił. Bałem się, że zechce więcej. Podziękowałem i wszedłem za recepcjonistą do hostelu. Mam tylko nadzieję, że przewodnik nie tworzył spółki z handlarzem porcelany.
Po zakwaterowaniu pytam właściciela, black guya, o bezpieczeństwo. Mówi, żebym się nie kręcił po zmroku. Na główną ulicę jeszcze mogę wyjść, ale mam wrócić do godziny/dwóch. Gdy sklepy i lokale się zamykają, nawet tam nie jest zbyt bezpiecznie. A już pod żadnym pozorem mam nie wchodzić w plątaninę uliczek. To istny labirynt i nawet on nie zna dobrze jego układu.
No i warto w ogóle tu jechać?
No to po co, do licha, jechać do tego Fezu? Żeby błądzić po ciemnych uliczkach i skończyć bez portfela? Żeby dać się oszukać lokalnym cwaniakom? Skoro tak to wygląda, nie lepiej omijać to miasto szerokim łukiem?
Możecie tak zrobić, ale wtedy wiele stracicie. Jeśli zwiedziliście już kilka marokańskich miast, możecie sobie odpuścić Fez, chociaż moim zdaniem jest on obok Marrakeszu najciekawszym z dużych ośrodków Maroka. Dlaczego? Już tłumaczę.
Fez ma bardzo długą i bogatą historię. Został założony w VIII wieku przez sułtana Idrisa I – twórcę państwa marokańskiego. Jego syn – Idris II – ustanowił miasto pierwszą stolicą państwa. W 859 r. W Fezie powstał pierwszy uniwersytet na świecie – Al Karawijjin. Miasto stało się ośrodkiem nauki i religii i robiło ogromne wrażenie na przybyszach z Europy. W czasach świetności było to jedno z najwspanialszych miast świata arabskiego. Z czasem rozwój jednak zahamował, a stolicę przeniesiono do Marrakeszu. Później wróciła jeszcze do Fezu, następnie przeszła do Meknes, a potem znowu do Fezu. Funkcję stołeczną miasto utraciło na stałe w 1912 r. po podbiciu Maroka przez Francję i Hiszpanię. Do dziś władze urzędują w Rabacie.
Jak na dawną stolicę przystało, Fez obfituje w zabytki, w tym pałac królewski i najstarszy na świecie uniwersytet. Ze względu na religijne znaczenie powstało tu wiele szkół koranicznych (medres), z których część udostępniono do zwiedzania. Ponadto miasto słynie z wyrobów skórzanych i garbarni, stanowiących jedne z jego głównych atrakcji.
Duże wrażenie robi także położenie miasta w górach i wielkość samej mediny. Feskie stare miasto jest gigantyczne. Tak, jak wspomniałem, to największy taki obszar na świecie, a w labiryncie 9600 ulic gubią się nawet wieloletni mieszkańcy. Co ważne, Fez zachował swoją autentyczność. Odwiedza go mniej turystów niż Marrakesz, a komercja ogranicza się do kilku ulic. Przez to miasto wydaje się bardziej tajemnicze i nieodkryte. Nie znaczy to, że nie spotkamy tam obcokrajowców, bo jest ich niemało. Jednocześnie o wiele, wiele mniej, niż w Marrakeszu.
Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, przedstawię wam atrakcje, które udało mi się odwiedzić.
Co zobaczyć w Fezie?
Meczet i uniwersytet Al-Karawijjin
Najważniejsze miejsce w Fezie znajduje się w głębi mediny. Jest to meczet Al-Karawijjin, przy którym mieści się najstarszy uniwersytet na Ziemi. Była to pierwsza instytucja nadająca stopnie naukowe. Studiowali na niej muzułmanie, żydzi i chrześcijanie, w tym nawet przyszły papież Sylwester II. Co ciekawe, legendarną założycielką uczelni była kobieta – Fatima al-Fihri. Jej istnienie jest jednak poddawane w wątpliwość przez współczesnych historyków.
Uniwersytet działa do dziś i, zła wiadomość, nie jest dostępny do zwiedzania, chyba że wyznajesz Allaha. Nie można nawet wejść na dziedziniec, strzeżony przez ochronę. Jest to zasada ustanowiona przez Francuzów i niestety utrwalona do dzisiaj. Chociaż może to i dobrze, bo przy natłoku turystów Marokańczycy zachowali dla siebie chociaż świątynie.
Medresa Al-Attarine
Medresa to nic innego, jak szkoła koraniczna. Al-Attarine została ufundowana przez sułtana Usmana II z dynastii Merynidów i ukończona w 1325 r. Uchodzi za jeden z najważniejszych zabytków Maroka i symbol dziedzictwa kulturowego kraju. Budowla składa się z dziedzińca, którego ściany zostały bogato ozdobione roślinnymi ornamentami, sali modlitewnej, oraz piętra z celami do kontemplacji. Wejście kosztuje 40 dirhamów i moim zdaniem jest to dobra cena.
Plac Nejjarine
W przeciwieństwie do Marrakeszu, w Fezie nie ma głównego placu, na którym skupiałoby się życie miasta. Może być to konfundujące, zwłaszcza że medina jest niesamowicie klaustrofobiczna i pozbawiona większych przestrzeni. Jeśli miałbym wskazać jakiś główny punkt starego miasta, wybrałbym plac Nejjarine nieopodal uniwersytetu. Znajduje się tam meczet, fontanna i stoiska z porcelaną oraz skórzanymi wyrobami. Warto tam zajrzeć.
Mauzoleum Idrissa II
W pobliżu placu Nejjarine znajduje się meczet mieszczący mauzoleum Idrissa II, czyli takiego marokańskiego Bolka Chrobrego. Był on drugim sułtanem Maroka i synem Idrissa I. Mocno rozszerzył teren swojego państwa i do dziś pozostaje jednym z najbardziej cenionych przez naród władców. Miejsce jego pochówku ma ponoć imponujący wystrój, lecz niestety nie-muzułmanie do środka nie wejdą. Musimy nacieszyć się zatem widokiem pięknie zdobionych drzwi lub wypatrzyć meczet z któregoś punktu widokowego. Obiekt ma zielony dach i wysoki minaret.
Farbarnia i garbarnia Chouara
Fez słynie ze swoich garbarni. Skórzane rzemiosło ma się tu doskonale, co zresztą szybko zauważamy. Wędrując po uliczkach mediny co chwilę będziemy mijali sklep z wyrobami ze skóry, przeważnie krowiej. Z miasta pochodzi też charakterystyczna czapka fez. Jak ktoś nie wie, jak wygląda, to wygooglujcie – na pewno ją kojarzycie.
Garbarnie możemy obejrzeć z tarasów widokowych. Pracownicy korzystają z dołów do moczenia skór. Wpierw wsadzają je do wody w celu oczyszczenia i przywrócenia elastyczności. Następnie skóry trafiają do dołów z wapnem i zwierzęcymi odchodami oraz szczynami, które zmiękczają skórę. Potem moczy się je w roztworach roślinnych, nadając strukturę i trwałość i finalnie barwi z wykorzystaniem naturalnych barwników, takich jak szafran, czy indygo.
Jako, że niektóre kadzie nie pachną zbyt przyjemnie, przy wejściu dostaniecie liście mięty. Nie zdziwcie się tylko, jak przy wyjściu darczyńca poprosi was o hajs albo wymusi kupno fezu.
Czy warto to przyjść? TAAK! To jedno z najciekawszych miejsc w mieście.
Cmentarz
Opuśćmy na chwilę medinę. Zaraz za drogą kończy się miasto i zaczyna muzułmański cmentarz. Leży on na zboczu wzgórza i warto się tam udać dla widoków i chwili spokoju. Nikt tam nie będzie próbował wcisnąć nam towaru, chyba że akurat grabarz ma kuzyna sprzedawcę dywanów, albo jakiś diler uzna, że to dobre miejsce na dystrybucję haszu lub trawki.
Grobowce Merynidów
Na wzgórzu nad starym miastem, w pobliżu nekropolii, znajdują się grobowce sułtanów z dynastii Merynidów. Niestety, podczas mojej wizyty teren był niedostępny z uwagi na pracę remontowe. Choć zabytki nie są wybitnie zachowane, można stąd podziwiać imponującą panoramę miasta.
Bastion Borj Nord
Niedaleko grobowców, także na wzniesieniu, odnajdziemy mały fort, czy też bastion o nazwie Borj Nord. Jest on wzorowany na portugalskich twierdzach i został wzniesiony w XVI wieku przez sułtanów z rodu Saadytów jako budowla obronna. Dziś mieści się w nim muzeum militariów, które warto odwiedzić, jeśli mamy trochę czasu. Liczba pomieszczeń nie jest duża, ale upchano w nich całkiem obszerną i interesującą kolekcję uzbrojenia nie tylko z Maroka, ale i innych regionów świata. Jest nawet szyszak husarski. Po obejrzeniu broni możemy obejrzeć widok na medinę z dachu bastionu. Wstęp kosztował bodaj 50 dirhamów. Google podają 20, ale to już nieaktualne.
Brama Bab Bou Jeloud
Najsłynniejszym wejściem do mediny w Fezie jest Błękitna Brama (Bab Bou Jeloud). Rozpoczynają się przy niej jedne z najtłoczniejszych ulic starego miasta, a po drugiej stronie znajduje się rozległy pusty plac, przy którym zatrzymują się autokary z turystami. Oryginalne wrota powstały w XII wieku, ale obecna budowla to kopia z 1913 r. Konstrukcję obiektu zleciła francuska administracja. Obok znajdują się dwie inne bramy – potężne Bab Mahrouk i Bab Chorfa. Jak się zapewne domyślacie, słowo bab oznacza bramę.
Ogrody Jnan Sbil
Jeśli po wizycie na medinie brakuje wam zieleni, odwiedźcie ogrody Jnan Sbill w pobliżu Bab Bou Jeloud. Ich historia sięga drugiej połowy XIX wieku i początkowo były dostępne jedynie dla sułtana i jego otoczenia. W 1917 r. zostały udostępnione do użytku publicznego. W 2010 r. z polecenia króla Mohammeda V park przeszedł rewitalizację. Dziś jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Fezie. Możemy tam podziwiać wysokie palmy, usiąść w cieniu przy fontannie, albo pogłaskać parkowe koty. Wstęp wolny, chociaż w poniedziałek miejsce może być zamknięte – zapewne pracują wtedy ogrodnicy.
Kasba Cherarda
Medina w Fezie jest otoczona potężnymi murami, które urozmaicają liczne bramy, wieże i inne fortyfikacje, takie jak kasby. Czym jest kasba? Ogólnie to budynkiem z czterema wieżami, ale często bywa warowna i pełni funkcje obronne. Nie inaczej jest w przypadku Cherardy, wzniesionej w diabelskim 1666 r. i służącej niegdyś jako fort garnizonowy. Do środka nie wejdziemy, ale warto popatrzyć z zewnątrz na tę solidną budowlę.
Pałac królewski
Marokański władca rezyduje w Rabacie, ale chętnie odwiedza także pałac w Fezie. Powstał on w XIII wieku jako rezydencja sułtanów i był wielokrotnie przebudowywany. Nie jest to jeden budynek, a cały kompleks zabudowań, ogrodów i dziedzińców, gdzie turyści nie mają wstępu. Nie można nawet fotografować bram wjazdowych, strzeżonych przez wojsko. Jeśli wyciągniecie przy aparat, żołnierze was skrzyczą. Zdjęcia da się zrobić przynajmniej przy reprezentacyjnym wejściu do pałacu, które zachwyca zdobieniami. Znajduje się ono w pobliżu dawnej dzielnicy żydowskiej.
Dzielnica żydowska
Ostatnim miejscem, które odwiedziłem w Fezie była dawna dzielnica Hebrajczyków, pełniąca dziś rolę handlową. Zobaczymy tu kilka bram miejskich oraz dwie synagogi – Al Fassiyine i Abe Danan – które możecie zwiedzić za opłatą. Ja do środka nie wchodziłem. Można tam zajrzeć przy okazji wizyt pod bramą pałacu królewskiego.
Miejsca, których nie widziałem, a mogą być interesujące
- Medresa Abu Inana – kolejna szkoła koraniczna. Pochodzi z 1356 r. Po wizycie w medresie Al-Attarine i marrakeskiej Ben Youssef nie miałem już potrzeby tam wchodzić, ale ponoć warto.
- Pałac Dar Batha – dawniej rezydencja sułtańska, dziś Muzeum Sztuki Islamskiej. Podczas mojej wizyty był zamknięty.
- Medresa Cherratine – jeszcze jedna szkoła koraniczna, młodsza od Abu Inany i Al-Attarine. Pochodzi z 1670 r.
Rady praktyczne
Nie zaprzeczę, że Fez nie jest łatwym miastem. Od razu po przyjeździe czekał mnie zimny prysznic. Przez całą podróż powtarzałem sobie, że nie dam się oskamować i niestety, w końcu się to zdarzyło. W wyniku kampanii rządowych Maroko jest obecnie przyjaźniejsze dla turystów niż parę lat temu. Handlarze są mniej namolni, a w Marrakeszu łatwiej spotkać policję turystyczną niż fałszywego przewodnika. Niestety, w Fezie sytuacja ma się inaczej i trzeba stale zachowywać ostrożność. Jeśli będziecie się trzymać kilku zasad, nie powinniście mieć problemów.
- Nie chodźcie po mieście po nocy
- Namolnych handlarzy olewajcie milczeniem lub „Thank you, sir”. Wtedy powinniście mieć z nimi spokój.
- Nie kwaterujcie się po zmroku na medinie !!!
- W razie problemów ze znalezieniem noclegowni zadzwońcie do gospodarza. Jeśli rezerwowaliście nocleg na Bookingu, znajdziecie numer w potwierdzeniu rezerwacji.
- Nigdy nie chodźcie za ulicznymi przewodnikami, a jak już bardzo tego potrzebujecie, to dogadajcie się wcześniej co do ceny. Pilnujcie, żeby nie wyprowadzili was w maliny (odludne uliczki).
- Liczcie się z opłatami za wszelką pomoc/drobne uczynki. Oczywiście zostajecie o nich poinformowani po fakcie.
- Miejcie internet, ale nie polegajcie w 100% na Google Mapsach i innych aplikacjach.
- Najlepiej w ogóle nie zapuszczajcie się w zakątki mediny z dala od turystycznych miejsc, chociażby do jej północno-wschodniej części.
Najtańsze noclegi znajdziecie na medinie. Warto poczytać opinie, bo część hosteli ma bardzo niski standard. Ceny są naprawdę niskie, ale dochodzi do nich jeszcze podatek turystyczny. Ja za nocleg płaciłem przykładowo 4 Euro + 2 Euro dla miasta. Jeśli znajdziecie zakwaterowanie w nowym mieście, liczcie się z dojazdami taxi do mediny.
W mieście bez problemu zjecie marokańskie potrawy, chociaż w trakcie Ramadanu wiele lokali otwiera się dopiero pod wieczór. Najpopularniejszymi daniami jest kasza kuskus podawana z baraniną lub kurczakiem, oraz tadżin – potrawa z warzyw, ziemniaków i opcjonalnie mięsa, przyrządzana w glinanym naczyniu o tym samym nazwie. Zamknięci na nowe smaki lub zmęczeni marokańską kuchnią mogą się udać do którejś z pizzerii lub europejskich restauracji.
Do Fezu dotrzemy pociągiem z Rabatu. Marokańska kolej jest w porządku, a ceny nie nadwyrężą mocno naszego budżetu. W okolicy działa siatka autobusów. Najlepszy przewoźnik to CTM, którym dojedziecie chociażby do Szafszawanu. W mieście nie możemy liczyć na komunikację publiczną. Funkcjonuje kilka linii autobusowych, ale nie można na nich polegać. Skorzystajcie z taxi, negocjując cenę.
Podsumowanie
Podczas podróży do Maroka warto uwzględnić w swych planach wizytę w Fezie. Choć miasto może się na pierwszy rzut oka wydawać nieprzystępne i trudne do polubienia, szybko wciąga i pokazuje swe walory. Zachowując ostrożność i nie dając się zrobić w bambuko możemy spędzić tu kilka dni w naprawdę ciekawy sposób. Pamiętajcie, że będąc w okolicy warto podskoczyć do ruin rzymskiego miasta Volubilis oraz Meknes – „Żółtego miasta” i dawnej stolicy Maroka. W Fezie znajdziecie też oferty wyjazdu na Saharę, które warto rozważyć. Polecam Maroko i polecam Fez. Jeżeli nie boicie się wyzwań, dajcie szansę temu ciekawemu miejscu.
Niedźwiedzia ocena
